sobota, 27 kwietnia 2013

Klucze do...

Naszła mi ma myśl dziś rano ckliwa scenka w której na łożu śmierci chwytam kogoś za rękę i przekazuję mu klucz do raju.
Ta niesamowicie ckliwa scenka dotyczyła świadka Jehowy, ale w zasadzie mogłaby dotyczyć każdego.
Cóż miałoby być tym kluczem? W zasadzie powinny być dwa i zetknąć się ze sobą w zgodzie.
Otóż tym kluczem oczywiście jest podanie dłoni, zgoda, która ma powodować brak konfliktów i koegzystencję w pokoju między ludźmi, nie wymagającymi wygnań różnych Kainów. W której nikt nie rzuca kamieniami w innych, ze względu na hmm tryb życia (wszak pewne sposoby zarobkowania "na siebie" odchodziłyby ze zmianą myślenia na temat własności prywatnej na wspólnotowo-chrześcijańską).
Jednak czym jest klucz - a nawet klucze bez bramy i zgody co do kierunku ich przekręcenia?
Niech będzie przeklęty każdy kto każe niewinnym płacić za cudze winy1).
Niech będzie przeklęty każdy kto nagradza za zdradę Jezusa2).
Niech moc apostołów dotknie jak Szymona Maga wszystkich fałszywych biskupów.
Niech będzie przeklęty każdy kto twierdzi będąc biskupem czy podając się za ucznia Chrustusa że Jezus umarł za cudze winy3).
A każdego kto przeklął mnie w dzieciństwie czy to za poglądy polityczne podając się za ucznia Jezusa, czy też uważając się za wyznawcę szatana, przeklinam zamknięciem po śmierci jego duszyczki w grobie do czasu osobistego przyjścia Jezusa. O ile zechce mu się osobiście pofatygować.
Niech będą przeklęte wszystkie duchy które uczestniczą czynnie lub biernie w opętywaniu i manipulowaniu ludźmi - od ich dzieciństwa.
Niech będą błogosławieni dotrzymujący 10 przykazań4).
Niech będą błogosławieni przynoszący pokój.
etc. etc. etc.
Klucze do bramy z lewa i z prawa
Który klucz w ręku - poważna sprawa
Z punktu widzenia piekielnej bramy
Za bramą piekło, jak raj ukochany
Klucze kierują na drugą stronę
Tych co uwierzą, mają za swoje
Bramy zaś sądzą za co nagroda
Karę przynosi wiary odmowa
I tak od wieków piekielne bramy
Stoją na straży iluzji starej
W murach kościołów, świątyń i chramów
Nie omijając też muzułmanów
Czy innych wyznań w których wiary odmowa
Wiąże się z piekłem po bramy słowach

Czy to by wojnę jakąś wywołać
Krucjatę by zabić czasami zwołać
Błogosławić morderców, wybaczyć za ofiarę
Cierpiącą i niszczoną mimo tego - stale
Czy w imię tego co po drugiej stronie
Nałożyć a czasem zdjąć z głowy koronę
Wszak ten kto kluczami się posługuje
Jest bramą która w sądzeniu prawa się lubuje

W tym zmieniać zapisy dane z drugiej strony
Niech każdy kto je zmienił będzie stracony

W strąconej mitrze, przebitej mieczem
Zamknięta brama, klucznik trzyma pieczęć
1) Czyli np. kler opłacający z pieniędzy otrzymywanych od ludzi, w tym niewierzących, z racji umów międzynarodowych wyroki i zadośćuczynienia dla ofiar gwałtów swoich dokonywanych przez swoich przedstawicieli, przenosząc tym samym odpowiedzialność na członków społeczeństwa, nie tylko swojej wspólnoty, którzy nigdy nie mieli na sobie ich winy.
2) Czyli każdy biskup który gwałcicieli Jezusa (pedofilny kler) zamiast karać w nagrodę przenosi na nowe tereny i naraża kolejne dzieci na styczność ze swoimi pupilkami.
3) Jezus nauczał odpowiedzialności tylko za własne winy, nie za winy dziadków, rodziców czy n-tej generacji jak miało to miejsce wśród innych wyznań. Nie umierał za czyjeś winy i nie brał odpowiedzialności za winy przodków czy innych ludzi na siebie. Uwalniał od spadków w postaci win przodków. Jedyne wybaczenie mogła dać pokrzywdzona ofiara.
4) 10 przykazań biblijnych a nie oszczerczych, kłamliwych i fałszywych przykazań ustanowionych przez piekielne bramy trzymające w swoim ręku dwa klucze - katolicki kler przyznający sobie prawa do władania na podstawie religii ustanowionej na potrzeby państwa bestii - Konstantyna.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Nie wiem

Wiem, że nic nie wiem.
To co do mnie dociera to skrawek tego co jest w stanie odebrać moja percepcja i przetworzyć moja świadomość, przy świadomości nałożenia się na to wpojone przez poprzedników określone normatywy opisujące odbieraną rzeczywistość.
Nie jestem z całkowitą pewnością jako "ja" stwierdzić, czy wszystko co dociera z zewnątrz jest prawdziwe, jak również czy interpretacja docierających informacji jest całkowicie poprawna. Mogę w to wierzyć. Ale nie wiem tego. Wiem, że wierzę w pewne zjawiska, ale wiem też że nic nie wiem..
Dla niektórych to co wiedzą to pewnik. Wiara tak silna że jest to wiedza, że staje się to dla nich imperatywem bez którego nie potrafią się obejść, bez którego nie są w stanie zrozumieć, że wierzą, ale nie wiedzą. Dla niektórych tym pewnikiem jest istnienie Boga, dla niektórych - nieistnienie.
Dla niektórych pole bioelektryczne - lub inaczej - drganie każdego przedmiotu tzw. aura - ma kolory, choć nie są świadomi zakresu skali interpretowanych częstotliwości jakie do nich docierają, jak różnią się te skale u różnych osób, jaka jest najmniejsza próbka jaką w stanie są odebrać i zinterpretować oraz jak nakładanie się różnych harmonicznych, składowych jest w stanie wywołać wrażenie identycznych wyników przy zupełnie różnych powodach dla których uzyskuje się podobne subiektywne i osobnicze wyniki. Niektórzy wierzą że wiedzą w to, że mają niebieską aurę. Ja wierzę że ktoś mi mówi że widzi taki a taki kolor. Nie wiem czy na pewno mi to powiedział, ale zakładam prawdziwość tego. Jednak wiem że nic nie wiem. Nie wiem nawet czy tamta osoba istnieje. Zakładając nawet że istnieje to jaki zakres częstotliwości opisuje, czy jej świadomość poprawnie interpretuje, czy mnie nie okłamuje...?
Wiem, że nic nie wiem.
Zakładam że ten pełen zakres niewiedzy to taki początek dla którego swoistym odpowiednikiem w całym zakresie mej ignorancji jest Ain Soph z którego kreuje się fragment rzeczywistości opisywany przez świadomość i sprawdzalne wzory określonego świata pojedynczej jednostki - "ja" dla której zbiór wszystkich czynników docierającej do niego, interpretowanych i przetwarzanych, łącznie z iluzyjnymi i marzeniami - stanowi podstawę egzystencji, choć im bardziej się wierzy że się wie, tym dalej jest się od świadomości swej totalnej ignorancji. Wiem, że nic nie wiem. Złudzenia bywają bardzo realne. Przekonania o swej nieomylności też.
Z niewiedzy, z pełnej gamy możliwości zamkniętej regułami świata fizycznego za każdym razy tworzy się się nowy człowiek. Zanim powstanie - nie wiadomo jaki będzie, można tylko wierzyć, mieć pewne przesłanki - ale jaka będzie jego świadomość? Jego wiara w wiedzę na temat swojego "ja"?. Czy będzie chciał odrzucić prawdę świata wokół i zacznie manipulować swą świadomością by iluzja zdawała się prawdą, by wewnętrzne reguły myśli stały się iluzorycznie boskie, gdy zaczną wnikać w podstawy założeń istnienia, reguł w których rodzi się i umiera każdy człowiek? Szaleństwo dla osób z zewnątrz, zabawa w boga wewnątrz, oszalałego człowieka, którego przekonano że może naginać świadomość by była obca światu realnemu, szaleństwo samotności reguł które ustala się samemu lub które się wpaja jako prawdziwe.
Co jest białe, co jest czarne? Co odbija, co pochłania? Wiem, że nic nie wiem.
Na ile jest się jednak samotnym a na ile członkiem sieci współzależności, utrwalonych informacji? Przekonywanej do wiary w to, że coś jest wiedzą? Przekonywanej w absolutyzm swej doskonałości określonego przekonania na temat wiedzy. Wiary.
Wiem, że nic nie wiem.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Żarówki

Pogryzając dziś gruszkę i siedząc nad banalnym kodem wywalającym z pliku ascii niechciane znaki (bo erp eksportujący do csv zostawia "tajemnicze niewidoczne coś" jako rozdzielacze tysięcy, co w efekcie po imporcie do Excela zmienia liczby w łańcuchy tekstowe) - kodem, z którym miałem problemy z racji odejścia jakiś czas temu od programowania w C (do magisterki potrzebowałem Delphi :> ) i zapomnienia co poniektórych funkcji I/O... no dobra, większości funkcji, zacząłem się zastanawiać z jednej strony nad wydatkiem energetycznym programów z niezoptymalizowanym kodem a z drugiej nad tym, że w zasadzie porównując z Chińczykami to ja mam raj a oni niewolniczo harują nad tym by obniżyć koszty codziennie wykorzystywanych przedmiotów, stosując w ramach "elektroniki" gotowe rozwiązania i algorytmy, często odgapiane od innych.
Przy okazji przypomniałem sobie niedawno czytany komentarz o tym, że aby uzyskać na ekranie wyświetlany napis "Hello World!" jeden z kompilatorów wygenerował kilkunastomegabajtowy plik wynikowy (Java?). Dla porównania - sam napis zajmuje 12 bajtów. Mój plik po kompilacji operujący na standardowym wejściu i wyjściu po kombinacjach w kodzie, ale bez grzebania się z opcjami kompilatora niezmiennie przyjmował wartość ok 48 kilobajtów.
Kilkanaście megabajtów danych by wyświetlić 12 bajtów w standardowym strumieniu wyjściowym - na ekran - wydaje się ilością dużą. Zbyt dużą. Twierdzenie że akurat to nie było narzędzie do tego tylko do czegoś innego to nie jest żadne wytłumaczenie, przynajmniej nie dla mnie.
Za dużo dla mojego kodu wynikowego jest nawet te 48 KB (48*1024 B) - to mniej więcej tyle ile kiedyś miały komputery Spectrum czy Timex, a potrafiły trochę więcej niż wypisać 12 bajtowy tekst.
Ilość danych zapisanych na dyskach wiąże się z ilością operacji jakie musi wykonać dysk aby odczytać lub zapisać na nich informacje - wydatek energetyczny. Owszem buforowanie obniża go, ale to nie znaczy że bez kosztów - buforowania innych danych. Czyli zamiast wydatkować np 1 jednostkę energii dysk pobiera kilkanaście, kilkadziesiąt lub nawet kilkanaście tysięcy razy więcej energii niż wystarczyłoby do uzyskania określonego, identycznego efektu. Jeśli chodzi o sam dysk. A podzespołów które muszą te dane przesyłać, zapamiętywać i przetwarzać?
Zwiększa się ilość prądu. Ilość operacji które wykonuje procesor. I to niekoniecznie komputera typu PC. Pralki. Telewizora. Kuchenki. Wszystkiego co zawiera w sobie choć trochę programowalnej elektroniki, bo wszak ze statyczną, po jej zaprojektowaniu i wytworzeniu zbyt wiele zrobić obecnie się nie da.
Uniwersalne hybrydowe krystaliczne programowane struktury to wszak przyszłość widziana okiem twórców Stargate choć EPROMy wszak mamy już dziś. Swoją drogą ciekawe ile dziś kosztowałoby wytworzenie takiej uniwersalnej kostki zawierającej w sobie element programujący i zestaw wejść i wyjść plus przetworniki świetlnoelektryczne (przynajmniej początkowo)? W końcu - była para, jest elektryczność, przyszłość może jest w świetle lub może inaczej - falach w pełnym zakresie częstotliwości?
Tak czy inaczej problem pozostaje - wydatków energetycznych pojedynczych urządzeń. Produkowanych jak najtańszym kosztem i sposobem z gotowych elementów, które bez względu na to czy efektem ma być 12 bajtowy napis, czy przetworzenie z wykorzystaniem zoptymalizowanego kodu czy też niezoptymalizowanego, ale mieszczącego się w określonych granicach przyzwoitości - daje ok. 48KB kod, który musi zostać przetworzony przez dane urządzenie. I który nadal zajmuje więcej niż miały do dyspozycji pierwsze komputery 8 bitowe.
Czy współczesne komputery są lepsze od 8 bitowych?
Nie tak dawno zaczęto masowo wymieniać żarówki (lampy żarowe) na "energooszczędne" źródła światła. W ramach oszczędności energetycznych w miarę bezpieczne szklane bańki wypełnione gazami szlachetnymi zamieniono na wypełnione oparami rtęci świetlówki, pogarszające jakość prądu i przy niższym poborze mocy przez nakładanie się harmonicznych mogące zniszczyć transformatory działające w sieci. Rtęć jest w stanie wywołać poważne zatrucia, jeśli akurat ktoś będzie wdychać opary ze stłuczonej świetlówki (...o przyszło mi na myśl jak ktoś grający bardzo wysoki dźwięk na hmm czymś wywołuje masowe pękanie szkła w mieszkaniach, w tym świetlówek powodując mniejsze lub większe zatrucia i różne objawy - iście apokaliptyczne - w sumie grać nie musi, wystarczy jakiś silniejszy wstrząs czy tąpnięcie). Nie żebym propagował oświetlenie LED - jak na razie zakres generowanych częstotliwości światła tez zbyt ciekawie nie wygląda. A koszt energetyczny wytworzenia i utylizacji? Czy gdyby żarówek tradycyjnych nie postarzano sztucznie by nabijać kabzę producentom tylko udoskonalano to co się ma wykorzystując pełnię dostępnych materiałów, metod i odkryć nie dałoby się wytworzyć energooszczędnej żarówki żarowej?
W końcu jeśli tworzy się programistów których kod bez względu na jakość i tak będzie zajmować albo 48KB albo nawet kilkanaście megabajtów danych to co można powiedzieć o wytwórcach żarówek, dla których jedynym powodem istnienia jest sprzedaż żarówek - kupowanie ich przez ludzi? Wydatek energetyczny? Więcej rtęci w płucach przypadkowych osób? Zwiększona ilość uszkodzonych urządzeń w sieci elektrycznej - transformatorów - dla których efekt nakładania się harmonicznych może okazać się zabójczy lub przynajmniej skracający jego żywotność? I konieczność ponownego kupowania danego urządzenia? Czy moi drodzy czytelnicy naprawdę wierzą w obniżenie kosztów łącznych wynikających z wymiany tańszych żarówek, droższych w użytkowaniu o konstrukcji nie zmienianej od lat - może poza postarzaniem w celu opłacalności produkcji, na droższe o żywotności czasem mniejszej wynikającej z tego że elementy składowe świetlówek nie wytrzymują fatalnego wpływu zbiorczego prądu - harmonicznych - w instalacji elektrycznej? Elementy składowe produkowane wszak najtańszym kosztem na rzecz kapitalistów przez ludzi dla których podstawą pożywienia jest ryż.
Dlaczego kompilator generuje tyle nadmiarowego kodu? Czy opłacalna byłaby sprzedaż komputera którego wydajność po 5 latach od zakupu nie spada bo stosuje się zarówno optymalne narzędzia jak i optymalny kod zmniejszający zapotrzebowanie energetyczne urządzeń gdyby nie było nowych systemów które aby wyświetlić 12 bajtów na ekranie potrzebują więcej zasobów niż ten komputer sprzed 10 lat aby uzyskać ten sam efekt?
Aby być ekologicznym programistą trzeba faktycznie generować optymalny - "zielony" kod dla urządzeń końcowych, z wykorzystaniem optymalnych kompilatorów i ich przełączników.
Żeby mieć ekologiczne światło w mieszkaniu, trzeba zrozumieć jak ono działa, z czego się składa i jaki wpływ na organizmy żywe mają zawarte w niej substancje oraz czy idzie je wtórnie przetworzyć by uzyskać bezpieczny produkt końcowy. Nieoptymalne narzędzia i oceny dawane ogółowi są wszak w stanie się zemścić, gdy masowość urządzeń na bazie których działają zacznie skutkować kosztami opieki zdrowotnej przy efekcie nieświadomych zatruć czy utylizacji śmieci których nie będzie gdzie upchać.
Czasem trzeba spojrzeć kto trzyma w rękach kompilatory, czasem trzeba zrozumieć skąd bierze się chęć kształcenia programistów a czasem kto ma patent na żarówki. Te które mogłyby świecić po 100 lat.
PS.
Następnego dnia ściągnąłem nowszą wersję darmowego środowiska z innym kompilatorem. Pliki wynikowe od zoptymalizowanego ok. 213 KB do 268 KB. A ja myślałem że te 48 KB to dużo dla ok. 390 bajtowego kodu wykorzystującego dwie funkcje z stdio.h :) Optymalizacja rozmiaru pliku wynikowego dla kompilatora MinGW GCC 4.7.2 32-bit dała ok. 23 KB.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Rada

Zakładając, że teksty ewangelii są ułożone i zmienione na potrzeby Konstantyna z różnych pism, aby dojść do nauk Jezusa należy oprzeć się na tym, co było podstawą jego wierzeń. W ujęciu kogoś kto dostrzegał pewną wersję przyszłości - proroka, całkiem naturalne byłoby wszak zrozumienie, że jego własne nauki zostaną zniszczone i wykorzystane, przekształcone do celów innych, w przeciwieństwie do tego na czym opierał się interpretator w tej osobie tworzący nauki oparte na źródłach i minimalistycznych danych nie związanych z faryzejskimi naukami lecz opierających się o ścisłą kompilację podstaw. Jakkolwiek wszelkie późniejsze teksty dają wskazówki co do sposobu rozwiązania pewnych kwestii przez Jezusa i jego uczniów, to żeby zrozumieć ich istotę należy sięgnąć do podstaw Tory.
Faryzeusze zazwyczaj opierają się o gotowe biblioteki tekstów, procedur, działań które kształtują formę i treści ich wypowiedzi. Często nie są świadomi błędów w wykorzystywanych przez siebie materiałach które powodują późniejsze krachy systemu. Błędy, które są często efektem powielonych błędów poprzedników.
Uczenie w przypadku Jezusa odnosiło się do podstaw Tory i przykazań oraz zachowań jakie powinni mieć względem siebie ludzie. Ludzie - którzy jako rodzina Adama i Ewy - jako cała różnorodna populacja - są sobie siostrami i braćmi. Którzy nie dzielą się na lepszych lub gorszych ze względu na pochodzenie - bo wszyscy są w jakimś stopniu spokrewnieni. Ludzie, którzy jako szafarze dóbr Boga powinni o nie dbać, nie nadając im wartości, dzielić się nimi darmo - bo i darmo zostały człowiekowi dane.
I tu zaczyna się ścieżka podziałów.
Oto faryzejska mowa.
Co z tym co nie zostało bezpośrednio dane? Czy praca człowieka nad przedmiotem - dobrem danym od Boga, częścią Stworzenia i przekształcenie go w inną formę ma wartość materialną którą ma prawo określić przy przekazaniu swojej pracy innemu człowiekowi? Czy pomysły i umiejętności są wartością własną czy nabytą? Od kogo i kiedy nabytą?
Jeśli zdolności to efekt genotypu to na ile jest to kwestia boska a na ile kwestia rodziców? Czy zatem przetworzenie czegoś nie jest wtórnym elementem wykorzystania zdolności przekazanych nam przez Boga w chaosie złączenia przypadkowych plemników i komórek jajowych (metoda in vitro poniekąd też bierze przypadkowe plemniki i komórki jajowe - wszak pełen genotyp znany nie jest) oraz rodziców (a wszak pierwotnymi rodzicami dla ludzi przyjmuje się Adama i Ewę (stworzonych najwyraźniej bardzo konkretnie i bez przymusu niewolniczego posłuszeństwa) którzy zostali stworzeni przez Boga dającego darmowo we władanie ziemię) i w efekcie - powinno darmowo przekazywać się swoje wytworzone produkty innym ludziom?
Jeśli coś jest wartością niematerialną nabytą od potomków Adama i Ewy czyli np. ideą to dlaczego ma się oczekiwać za to jakiejś zapłaty? Czy za koło należy zapłacić jego twórcy? A może właścicielowi "patentu"?
Na broń atomową?
Lub zarazek?
A może na fragment kodu retrowirusa niszczącego określony fragment kodu genetycznego człowieka - np. odpowiedzialnego za inteligencję - a może raczej precyzyjniej - możliwości jej rozwinięcia?
Kęsy jabłuszka z drzewa wiadomości dobrego i złego?
Czy za kęsy tego jabłka - wiedzę - należy płacić? Jeśli tak, to komu?
Chrup, ciam, ciam... [tu przemawiający powinien ugryźć jabłko i przeżuć]
Oczywiście, nie każdy jest Ananiaszem czy Sefira by padać trupem przy oszukiwaniu wspólnoty której członkowie wierzyli w to, że wszystko co człowiek ma pochodzi od Boga i w ramach której zachodzi darmowa wymiana między jej członkami. W której wartościowe jest to, co jest korzystne dla wspólnoty jednostek.
Jednakowoż co z osobami które nigdy nie wierzyły w tego typu nauki? I doprowadzały do wciągania do wspólnot osoby które nigdy nie miały prawa by się tam znaleźć? Czy masowe śmierci noworodków które ktoś by "chrzcił" a które nie powinny nigdy stawać przed wyborem wymagającym zrozumienia nauk jako efekt tego samego zakłamania co Ananiasza i Sefiry w programie rzeczywistości w której "duch" zabija osoby (choćby i do któregoś pokolenia) które nie spełniają określonego normatywu przekazanego w naukach?
Wszak zrozumienie nauk Jezusa to nie kwestia dla niemowląt i dzieci. To kwestia świadomego wyboru - czy dołączyć do wspólnoty w której następowała darmowa wymiana czy opuścić rodzinę i udać się tam, gdzie Żydzi czy Grecy i inne nacje mieli swoje prywatne interesiki, lichwę, niewolników i zasady oparte o hierarchie jakże obce chrześcijanom, czy może jednak wybrać to co rodzina i zostać?
Alternatywna ścieżka wartościowania swojej pracy wszak jest taka kusząca... Zresztą to nie tylko jeden z problemów chrześcijańskiej wspólnoty - odpowiednika tej z "Kirinyag'i" - na ile można wierzyć jej członkom w to że faktycznie chcą być chrześcijanami a nie tylko kolejną społecznością która w swoje zasady wplata to, co jest od początku obce i przeciwne podstawom zależności między jednostkami tej określonej wspólnoty? Iluzje mundumungu?
Wartość dodana?
Robotnik wart jest swej strawy. Dotyczy to każdego członka wspólnoty chrześcijańskiej, bez względu na to jaki tytuł sobie przywłaszczył i jaki tytuł uznał dać komuś. W chrześcijańskiej wspólnocie pracuje się za jedzenie. Jedzenie wspólne dla wszystkich jej członków. Niekoniecznie ryż. Jednakowoż urozmaicenie zależy od zdolności wszystkich, niektórzy wszak mają zdolności większe do roli, inni do rzemiosła - ale... trzeba wierzyć w to co się robi i nie zostawia sobie jak Ananiasz z Sefirą prywatnej własności.
Kojarzycie poglądy Lenina?
Chrup, ciam, ciam... [gryz, przeżucie, znaczące spojrzenie i mrugnięcie]
Stalin za nim nie przepadał. Cóż, niektórzy wierzą że najlepszy niewolnik to taki który wierzy że jest wolny i ma złudzenie wolności. Taki stanowi rzeczywisty kapitał władzy która się nim posługuje. Odczłowieczony przedmiot, kukiełka do stawianych zadań mających na celu wzbogacenie i lepszy żywot wybranych jednostek. Często ustalających nepotyczny sposób dzielenia się własnością wspólnoty określając sporą jej część za własność prywatną. Choć wszak "robotnik warty jest swej strawy", a w komunizmie nie ma lepszych i gorszych to niektórzy nadal będą uważać się lub kogoś za Kikuju choć jedynym pozostał wszak w "Kirinyag'dze" - mundumungu.
Tak wygląda to słowami faryzeusza, uczonego w fantastycznym piśmie.
No i jak ma je zrozumieć ktoś, kto nie ma pojęcia o tym piśmie?
Otóż, proponuję zamiast koperty niektórym osobom dawać jabłka. Albo kartofle. Strawę. Jeśli temu komuś przecieka dach to pomóc mu go naprawić, ale pomóc a nie zrobić to za niego. Nie zapłacić żeby ktoś to zrobił. To taka chrześcijańska zasada. Dawać strawę za wykonaną pracę w obrębie wspólnoty. Nie kopertę z ekwiwalentami czasu pracy. Posilać się z tą osobą i traktować na równi z wszystkimi członkami własnej rodziny.

sobota, 13 kwietnia 2013

Gest

Jadąc dziś autobusem na zajęcia zauważyłem ludzi którzy, gdy autobus przejeżdżał obok budowli nazywanej kościołem, czynili pewien charakterystyczny gest.
Według Jezusa ciało jest świątynią. Nie żebym oczekiwał żeby np. na widok mojego ciała ktoś miał czynić podobne gesty. Wszak nie o to chodzi. Chodzi o to by szanować zarówno swoją jak i innych świątynie. Nie walić w nie kamieniami jak popadnie, nie rujnować jej murów nadmiarowymi, tandetnymi, dodatkami no i nie doprowadzać do ruiny jej ołtarza na którym pod wpływem różnych toksyn zamiast normalnego "płomienia" pojawiają się wypalające na zawsze pewne obszary świątyni ogniska zapalne. Oj, wszak wśród chrześcijan to ciało jest świątynią a nie jakaś budowla do której chodzi się obwieszonym złotem niczym jakaś rzymianka czy członek rodziny cesarza obserwować pożeranie na arenie przez dzikie zwierzęta chrześcijan - komunistów.
A'propos dzikich zwierząt - pamiętacie tego gościa ze ST który jak go dzieci ośmieszały i wyzywały przeklął je tak, że z lasu wypadły dzikie zwierzęta i je pożarły? To podobno był jakiś "święty". No ale jak rozumiecie - klątwy i uroki prowadzące do śmierci czy kalectwa nie dyskwalifikowały dla wielu korzystających z nich osób z grona świętych. Wyobrażacie sobie raj z tego typu osobami?
Z mojego punktu widzenia, jak już pisałem kiedyś wcześniej - świętych po prostu nie ma. Co najwyżej są wierzący w pewien model świętości. Najwyraźniej zmieniający się z czasem. W każdym razie przy osobach w rodzaju Piotra - ucznia Jezusa - należy pamiętać by nie latać zbyt wysoko, bo ich klątwa jest w stanie wywołać śmiertelny upadek. Z wysokości. Jak podobno przekonał się o tym niejaki gnostyk - Szymon. A do takich klątw to wszak nie trzeba żadnych spisków, tylko - jak pokazuje Stary Testament - osobista uraza.
Oczywiście w dzisiejszych czasach latających wielbicieli morderców ciężarnych kobiet to w tym naszym kraju jest jakby mniej, no ale niektórzy nadal nie rozumieją czym wg Jezusa jest świątynia a czym budowla - miejsce spotkań. No chyba że ktoś sobie zaanektował cudze wierzenia i nazwał to czymś co nigdy nie było chrześcijańskie, na polecenie pewnego cesarza dla którego wartości chrześcijańskie były obce do samej śmierci.
BTW czy ktoś pamięta te słodkie kupidynki doprowadzające do śmierci populację Sodomy i Gomory? No ileż można oczekiwać po istotach wzywanych tzw. "enochiańskimi przywołaniami"... a wystarczy działać zgodnie z prawdą, a nie jak uczą niektóre sekty podające się a to za satanistyczne, a to za chrześcijańskie
Zresztą... Miało być o linku do artykułu w którym podobno Franciszek zaczyna otwierać drzwi zniesieniu celibatu, który sam w sobie jest antychrześcijańskim pomysłem jeśli jest wprowadzany przymusowo. A w zasadzie o komentarzu do artykułu podnoszącego temat dziedziczenia.
We wspólnocie chrześcijańskiej nie było własności stricte prywatnej wielkiej na tyle, by było co dziedziczyć. Czyli problemu z dziedziczeniem nigdy nie było. Jeśli tyczyło się to chrześcijan a nie łasych na dochody pociotków kolejnego udającego chrześcijanina biskupa.
Ot i tyle.